Kategorie
Nowa Nadzieja

Demokracja Pryncypialna w Polsce Utopia czy szansa – część 5

Weto obywatelskie

Weto obywatelskie, znane przede wszystkim w Szwajcarii, jest sposobem społecznej kontroli nad stanowionym przez polityków prawem.

Weto obywatelskie to nic innego jak wyrażenie sprzeciwu wobec rozwiązań istniejących w obowiązującym systemie prawa. Zamiast wychodzić na ulicę, protestować i demonstrować, obywatele mają w swoim ręku narzędzie, które umożliwia im zawetowanie każdej ustawy.

Tak jest przynajmniej w Szwajcarii – inaczej jest natomiast w Polsce. Tu partie polityczne robią wszystko, by zdobyć jak najwięcej tzw. władzy i rządzić, ignorując nie tylko swoich politycznych przeciwników, ale także ogół obywateli. Rządzić w imię swoich oligarchicznych, partyjnych interesów, bez bieżącego udziału społeczeństwa. Rządzić wykorzystując do tego uchwalane przez siebie prawo. Polacy mogą przeciwko temu protestować jedynie na ulicach. Hałaśliwie, ale nieskutecznie. A przecież powinni mieć możliwość zaprotestowania przeciwko uchwalanym przez rządzących ustawom przy urnach wyborczych, wykorzystując do tego polityczne narzędzie, jakim jest weto obywatelskie.

W Polsce, podobnie jak i w innych krajach, w których panuje demokracja pośrednia/parlamentarna, forma weta obywatelskiego jest nieznana. A to wielka szkoda, bo byłoby ono z pewnością nowatorskim i skutecznym instrumentem mającym realny wpływ na polski krajobraz polityczny, zdominowany przez ugrupowania partyjno-elitarne.

Porównując liczbę ludności w Polsce i w Szwajcarii, w naszym kraju weto obywatelskie winno zostać przeprowadzone na żądanie, powiedzmy, 250 tys. obywateli uprawnionych do głosowania. Taki elektorat mógłby zażądać poddania pod głosowanie ogólnokrajowe istniejącą już i obowiązującą ustawę.

Wynik głosowania (za albo przeciw) byłby wówczas decydujący o zmianie danej ustawy. Teoretycznie wydaje się to bardzo proste, a i w praktyce ta procedura nie jest wcale trudna do realizacji. Spójrzmy jednak na opisane zjawisko z innej strony. Weto obywatelskie nie musi być stosowane „na co dzień”. Ale dla rządzących istnieje zawsze zagrożenie użycia tego instrumentu przez obywateli. Sama świadomość tego faktu spowoduje, że głosowania nad ustawami w parlamencie będą ostrożniejsze, bowiem parlamentarzyści i stojące za nimi partie i ugrupowania polityczne będą musiały się liczyć z niezadowoleniem społeczeństwa lub różnych grup interesów i ich ewentualną reakcją w postaci weta obywatelskiego.

Wprowadzenie zapisu o wecie obywatelskim do polskiej konstytucji byłoby z pewnością działaniem nowatorskim i dawałoby społeczeństwu obywatelskiemu ważne narzędzie kontrolne. Ludzie, zamiast narzekać, mogliby wziąć inicjatywę w swoje ręce i zebrać – w razie potrzeby – odpowiednią ilość podpisów w celu zmiany niewygodnej, złej lub chybionej ustawy. Należy podkreślić, że o tym, czy ustawa będzie zatwierdzona lub odrzucona, decydowałaby większość biorących w referendum, a jego wynik byłby prawnie wiążący dla organów decyzyjnych w Polsce.

Należy uspokoić rządzące elity polityczne – zebranie 250 tys. podpisów nie jest łatwe i wymaga organizacji i czasu. Ale sama świadomość, że istnieje taki kontrolny nadzór społeczeństwa, spowoduje, iż ośrodki władcze będą musiały się liczyć z elektoratem.

Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, że weto obywatelskie jest ukonstytuowanym instrumentem demokratycznym w Polsce. Istnieje zatem zapis w ustawie zasadniczej – nawiązujący do art. 4 – że na żądanie ćwierci miliona obywateli możliwe są drogą referendum zmiana danej ustawy lub wprowadzenie nowej.

Weźmy pierwszy lepszy przykład. Wiemy, że w Polsce kolejne ekipy rządowe zmieniają ustawę o systemie oświaty, co wprowadza zaprogramowany chaos w edukacji dzieci i młodzieży, doprowadzając dzieci, rodziców i nauczycieli do rozpaczy.

Najprościej jest więc zaprotestować wobec aktualnej, niezadowalającej nikogo ustawie i wystąpić z własnym projektem ustawy. Kto to może zrobić? Każdy….

Nie, to nie żart – każdy uprawniony do głosowania obywatel może wyjść z propozycją weta obywatelskiego.

Oczywiście, jeśli to robi jakaś organizacja, ugrupowanie społeczne czy polityczne, wówczas rosną szanse na zebranie 250 tys. podpisów i późniejsze pozytywne przegłosowanie sprawy. Przyjmijmy więc, że np. Związek Nauczycielstwa Polskiego, przy ogromnym poparciu rodziców z różnych środowisk: intelektualnych i robotniczych, bogatych i biednych, miejskich i wiejskich, mógłby poprzeć te idee.

Ludzie mają po prostu dość eksperymentów na polskich dzieciach. Dzięki wetu obywatelskiemu, zamiast protestować, pisać skargi i zażalenia (których i tak nikt nie czyta) i nawoływać rządzących do opamiętania się, mają możliwość zebrać ćwierć miliona podpisów w ciągu 180 dni, co jest podstawą do przeprowadzenia referendum.

Ukonstytuowany komitet inicjatywny zgłasza w kancelarii rządu protest/weto przykładowo następującej treści:

Czy jesteś za zmianą ustawy o szkolnictwie i przywróceniem poprzedniego modelu nauczania w Polsce?

Jeśli ktoś trochę zna realia szkolnictwa w Polsce, a są to przede wszystkim właśnie nauczyciele i rodzice, nie może odpowiedzieć na to pytanie negatywnie. W toczącej się debacie przedreferendalnej różne opcje polityczne nawołują do głosowania na tak lub nie. Niektóre partie próbują nawet prowadzić kampanię wyborczą w okresie przed referendum, a więc zideologizować całą sprawę.

Domeną i niezaprzeczalnym prawem rządu jest postulowanie utrzymania status quo, tj. powołanej do życia przez niego nowej ustawy. Tym samym rząd nawołuje do odpowiedzi na nie. Zapewne inne stanowisko zajmie szeroka rzesza Polaków. W ten sposób toczy się kampania przedreferendalna, w ramach której każdy ma prawo do wyrażenia własnej opinii. Próby ideologizowania referendum nie mają wielkich szans powodzenia. Oczywiście, PiS albo PO mogą nawoływać do głosowania na nie, lecz rodzic pozostaje rodzicem, zainteresowany tylko i wyłącznie rozwojem i edukacją własnego dziecka.

Wreszcie nadchodzi dzień referendum. Każdy, kto uważa to za słuszne, idzie do urny i głosuje. Głosowanie jest oczywiście bezprogowe i wiążące. W wypadku negatywnej odpowiedzi większości na zadane w referendum pytanie, wszystko zostaje „po staremu”.

Gdy jednak głosujący opowiedzą się przeciwko aktualnej ustawie (a więc zagłosują na tak), wówczas rząd ma 1 rok czasu na wycofanie istniejącej ustawy i przywrócenie poprzedniej.

Wszystko to wydaje się proste. Ostateczny głos ma suweren i nikt do nikogo nie może mieć pretensji – każdy obywatel głosował albo mógł głosować według własnego uznania.

Należy jednak zastanowić się, czy w ramach dobrze funkcjonującej oddolnej demokracji doszłoby w ogóle do zmiany ustawy oświatowej? Może wcześniej pani minister zastanowiłaby się nad skutkami ewentualnego referendum? Być może – ze względu na szacunek dla społeczeństwa – nie wyszłaby w ogóle z takim pomysłem? Zastanowiłaby się, czy warto w ogóle ryzykować taki kontrowersyjny projekt zmian, bojąc się o „własny stołek”?

Ale wróćmy do szarej rzeczywistości. Mamy w Polsce demokrację pośrednią, odgórną, połowiczną, oligarchiczna i elitarna. Urzędnicy rządowi zachowują się jak niekoronowani królowie, którzy posiedli prawo decydowania o tym, co dobre, a co złe w kraju i dla kraju.

Jakim prawem ludzkim (a może boskim?) może urzędnik rządowy, choćby nawet był ministrem, decydować o szczęściu albo nieszczęściu polskich dzieci? Czy bezduszna i niekompetentna machina administracyjna ma prawo decydować o losach polskich rodzin?

Weto obywatelskie jest instrumentem ochronnym przeciwko takim praktykom polityków, jak ta dotycząca ustawy o polskiej oświacie. Instrument ten można zastosować w ramach demokracji oddolnej w odniesieniu do dowolnej ustawy.

c.d.n.

Dodaj komentarz: