Kategorie
Społeczeństwo

Granice cierpliwości

Granice cierpliwości (z pamiętnika Matki Polki)

Chciałabym kiedyś nauczyć się cierpliwości. Choćby od wody, co twarde skały drąży. Niepozorna kropelka o wielkiej mocy. Kap, kap…systematycznie, miarowo. Rzeźbi bez użycia ostrych narzędzi. Albo taki kamień, który przy drodze leży. Kopniesz, nadepniesz, a skargi nie usłyszysz.

Skłamałabym, mówiąc, że nie próbowałam. Wiele razy, ale zawsze natrafiałam na dziwny opór. Na dodatek w najmniej oczekiwanym momencie. Mur, granica, jak go zwał tak go zwał, w każdym razie coś niematerialnego. Bez konkretnej formy niby niepozorne, a twarde. Wytrzymałe i dość sprężyste, trochę jak trampolina. Głowy nie rozbijesz, a nieźle niekiedy poturbuje. Wiem, bo swojego czasu, jak jeszcze byłam trochę młodsza, skakałam z synem, ku jego uciesze, i o dziwo własnej. Skręciłam kostkę, stare dzieje. No, to kózka poskakała… Wróćmy do tematu, bo już zaczynam na pobocze zjeżdżać.

Najlepiej wytłumaczyć na przykładzie rodziny. Dzieci nadają się do tego idealnie. Jak wiecie obecnie mamy zdalny sposób nauczania pociech. Tak między nami, dzięki Bogu, że maluchy w młodszych klasach chodzą do szkoły. Przynajmniej matkom lżej. Oczywiście nie tylko, ponieważ ręce zacierają także szefowie. Mają z głowy organizowanie zastępstwa. Plandermia czy nie, a firma hulać musi. Teraz jednak pogawędzimy o tych delikatnie starszych, od czwartej klasy wzwyż. Przejdźmy zatem do meritum. Dużo by o tym gadać, ale w telegraficznym skrócie przybliżę mój rozkład dnia. Mianowicie, zaczynam pobudką o szóstej rano, toaleta, śniadanie i takie tam, zresztą jak każdy. Dojazd do pracy zajmuje dwa kwadranse, osiem godzin w biurze i pora wracać do domu. Samo szczęście, wreszcie odpocznę. Hola, hola nie tak szybko. Znowu trzydzieści minut jazdy, zakupy, przygotowanie obiadu. W międzyczasie zegarki nie próżnowały, wskazówki ustawiły się na dziewiętnastej. W porywach na siedemnastej piętnaście. Warunek, obiad trzeba ugotować wcześniejszego dnia. Teraz dopiero zaczyna się jazda bez trzymanki za sprawą zdalnego nauczania. Ogrom notatek, które syn robił w szkole, trzeba wykonać samodzielnie. Oczywiście to nie wszystko, ponieważ nikt nie zwolnił dzieciaków z odrabiania zadań domowych. Siadamy do lekcji, zazwyczaj jest sporo do zrobienia. Kończymy około dwudziestej trzeciej. Dziecko zmęczone, ja padam na pysk. Rzec można — istny kołowrót. Kolejnego dnia powtórka z rozrywki. Odpoczywam tylko w weekendy. Czasu wolnego dla siebie jak na lekarstwo. Najgorzej, kiedy wena szaleje, wtedy pisząc, zarywam noc. Śpię krótko…sami rozumiecie, pewnikiem macie podobnie. Aż wstyd się przyznać, niektóre prace sama za syna robię, aby było szybciej. Domniemam, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Wiem, posypie się hejt rodzicielski, jednak zaryzykuję. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie jeden szkopuł, który mnie nie dotyczy. Szczęście w nieszczęściu trafiło się ślepej kurze ziarnko. Nie wszyscy rodzice skończyli studia, ale o tym już ministerstwo zapomniało. Spore grono „przymusowych domowych nauczycieli” ma problem ze zrozumieniem czytanego tekstu, a co dopiero, kiedy trzeba wytłumaczyć dziecku trudniejsze kwestie. Jak starzy rzucali kamieniami na szkołę, to niech teraz mają, zaciera ręce resort edukacji. Przypomnę, nie wszystkich stać na korepetycje, raczej nielicznych. Młodzież przyszłością narodu, fajnie brzmi. Zafundowali nam plandemię, ot co. Droga donikąd, zatracenie pewne. Szanowni politycy i wszelakiej maści rządzący, jeszcze momencik i wam także zabraknie kasy na wypłaty. W końcu nic nie wytwarzacie, a z naszych podatków żyjecie, notabene całkiem nieźle.

Nie powiem, żebym była zachwycona, ale jakby na to nie patrzeć, każdy kij ma dwa końce. Tak się złożyło, że odwoziłam syna codziennie do szkoły samochodem. Mniejsza o to ile kilometrów. W każdym razie dużo. Jako że benzyna towarem zbyt tanim nie jest, koszty transportu z roku na rok pięły się w górę, w tempie zastraszającym. Nawiązując do codziennych wycieczek krajoznawczych, z nastaniem zdalnego nauczania, chwilowo się zakończyły. — Uf, kasa zostanie w kieszeni — tak pomyślałam, głupio, dopiero teraz wiem. Po drodze okazało się, że wzrosły ceny energii elektrycznej, gazu i wielu innych produktów, a i mój czas też nie jest za friko. Zamiast płacić trzysta złotych, płacę sześćset. Nikogo z rządzących nie obchodzi, przykre, ale cóż robić. Chciał, nie chciał, płacić trzeba. Inflacja drenuje nasze portfele do ostatniego grosza. Czego powiedzieć o pensjach nie można. W temacie przynajmniej od trzech lat panuje zima. Oby tylko do wiecznej zmarzliny nie doszło. Ciekawie nie jest, widać i słychać, choćby w mediach, a czuć w kieszeniach.

Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Dzieci musimy uczyć sami, za darmo. Oszczędności okazały się pozorne. Oczywiście nasze. Ach, jakich mamy wspaniałych obywateli, nie wykastrowali budżetu z forsy. Skądinąd dziwne, bo dziura budżetowa i tak coraz głębsza. Ani go kijem, ani go pałką. Jednak Jan Kochanowski to był mądry gość. Kilka wieków wstecz napisał w Pieśni V— „…Cieszy mię ten rym: «Polak mądr po szkodzie»; Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie[30], Nową przypowieść Polak sobie kupi[31], Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Stare przysłowie zawsze na czasie. Jeszcze trochę i wykończą nas na dobre. Nie wiem jak Wasza, ale moja cierpliwość ma granice. Plandemia czy nie, stoją w tym samym miejscu i ani drgną. Mimowolnie ciśnie się na usta — no i jak tu żyć, Panie Prezydencie?!

Miriam P. (Marzena Róg)
Fot. pinterest

P.S. Marzena Róg jest jednym z założycieli Zjednoczeni dla Polski

Dodaj komentarz: